I tym oto sposobem życie szybciej niż mi się wydawało zweryfikowało moje plany codziennego zapisu tego, co się wydarzyło. Po wczorajszym intensywnym dniu, nawet gdyby moja głowa chciała coś tu napisać, to ciało zwyczajnie nie było w stanie. Padłam.
Wstałam rano, wcześniej niż wszyscy, tylko dlatego, żeby mieć czas wypić spokojnie kawe i pomyśleć jak zaplanować dzień. Maniek w piątek wieczorem dowiedział się, że nie ma pracy. Postanowiliśmy, że weekend spędzimy normalnie, bez zamartwiania się co dalej ( ta, akurat), a od poniedziałku zaczniemy się za czymś rozglądać. Podziwiam go za spokój i opanowanie i podejście: jakoś będzie. Ja tak nie potrafię, nie umiem siedzieć i czekać, lubię działać, lubię szukać, bezczynność mnie dobija.
W trakcie kiedy on szukał czegoś w internecie i przeprowadzał kolejne rozmowy z kolegami, które w gruncie rzeczy wcale nie ruszały całej sytuacji w żadnym konkretnym kierunku, ja próbowałam ogarnąć dzieci i ich naukę.
Via dostaje zazwyczaj proste zadania, godzina myślenia i z głowy. I tu ciekawostka, Via twierdzi, ze niecierpi matematyki, ale zadania wykonuje bez marudzenia i w całkiem dobrym czasie. Za to angielski, który kocha, jest absolutną zmorą. Wynika to raczej z treści zadań i trudno sie z nią nie zgodzic. Czasami sama się zastanawiam czemu zadanie ma służyć. Wczoraj na przykład miała napisać jak opiekować się szczotką do garnków, czym ją karmić, jak o nią dbać, w co się z nią bawić. I wiecie co? Szczotki owszem używam, ale do kibla i nauczyciel raczej nie chciałby wiedzieć, czym ją karmię... Ale zadanie jest zadaniem, trzeba było je wykonać, bez wzgledu jak bardzo nie miało ono sensu. Via zrobila je sama od początku do końca i tylko dała mi do przeczytania. Musze kontrolować co pisze, na wypadek gdybym dostała niespodziewany telefon ze szkoły. Kilka dni temu wstrzymałam oddech... Dzieci miały zadanie związane z odczuciami. Było kilka zadań do wykonania, w ktorych trzeba było coś zaobserwować, coś usłyszeć, a później to opisać. Via wybrała zadanie, w którym trzeba było wyjść na zewnątrz, położyć się na ziemi, zamknąć oczy i opisać odczucia. Nie zrobiła tego, ale napisala krótki paragraf i szybko wysłała go do nauczyciela:
Wyszłam na podwórko i położyłam się na trawie. Zimno przeszywało moje plecy i nogi, a chłodny wiatr opływał moją twarz. Śpiew ptaków siedzących na pobliskim drzewie nagle przerwał okropny krzyk: Via! Co ty robisz? Wstawaj natychmiast z tego błota! Jesteś cała brudna, jest zimno! chcesz zachorować? Natychmiast wejdz do domu! To byla moja mama.
Śmiałam się z tego cały dzień, na szczęście nauczyciel też. Mądre dziecko poradziło sobie z zadaniem:)
Rysiek tez miał dzisiaj lekcje, na szczęście poszło mu całkiem dobrze. Na historii uczyli sie o Dzumie. Słowo pandemia byłoby trudne do wytłumaczenia kilka lat temu, teraz niestety jest codziennością. Na pytanie: dlaczego myślisz że choroba rozprzestrzeniała się tak szybko? napisał, że w tamtych czasach ludzie nie mieli masek i nie zachowywali bezpiecznego dystansu 2m:) Haha, no cóż...
Wszystkie zajęcia zakończyliśmy koło 3 i kiedy myślałam, że będę mogła usiąść na chwilę i pozbierać myśli, w Ryśku obudziła się pasja kulinarna... Będzie piekł torcik... ok, co to za problem upiec biszkopt i przełożyć go kremem, damy radę:)
To nie miał byc zwykly torcik, a tort Szwardzwalcki, z czekoladą, kremem i wiśniami... Skad w ogóle ten pomysł? Tu podziękowania należą się dziadkowi Markowi, ktory w niedzielę podrzucił dzieciom paczkę czereśni. Jak się okazało to one zainspirowały Ryśka do wygooglowania przepisu na tort. Tak więc odpaliłam mikser, przygotowaliśmy składniki i do dzieła... Zacięcia Ryśkowi starczyło do momentu wstawienia biszkoptu do piekarnika, zmywanie, zamiatanie i wycieranie zostało już dla mnie. Dekoracje na szczęście przejęła Via, tym sposobem powstał torcik.
Brawa dla obojga, bo torcik wyszedł super. Może nie przypomina tego ze zdjęcia z przepisu, ale jakoś się dzieci muszą uczyć, a ćwiczenie czyni mistrza. Maniek nie docenił mojego żartu, kiedy porównałam wypiek do słynnego mięsnego jeża, tylko w wersji wegetarianskiej... no powiedzcie sami? powtykać paluszki tu i tam i jest jeż:)
Kiedy kuchnia przestała przypominać pobojowisko, Maniek stwierdził, że trzeba uaktualnić jego CV i zarejestrować się w kilku agencjach. Oczywiście mi wszystko wychodzi lepiej i szybciej, i sprawniej... OK, zrozumiałam aluzję i wypełniłam kilka aplikacji, załadowałam CV tu i tam, zrobiła się 9... Dzieciaki stwierdziły, że nie spędziliśmy dzisiaj czasu razem robiąc coś fajnego i zabawnego (niby piekliśmy tort, ale przy zmywaniu nie myślałam o tym w kategorii rozrywki) i zaproponowały wspólną gre w Among us. To taka przedziwna gra, z niekoniecznie fajną grafiką, generalnie jest około 10 osób, dwie z nich maja ganiać pozostałą resztę i usuwać z gry. Jeśli przyłapie się takiego usuwacza na gorącym uczynku, to się go raportuje. Dużo by tłumaczyć, grunt że dzieciaki śmieją się przy tym cały czas, bo mi akurat najlepiej nie idzie, za wolno się ruszam, nie mam pojęcia kogo ganiać, ale skoro one się śmieją to mi to pasuje.
To tyle na chwilę obecną. Kolejny wpis będzie o wtorku, zdradzę tylko że będzie coś o Twixie, takim batoniku, i religii:) ciekawe połączenie?

Komentarze
Prześlij komentarz